sobota, 14 listopada 2015

Cukrzyca i dzieci...

Są takie same jak inne dzieci. Mają takie same marzenia. Biegają, chodzą na balet, grają w piłkę nożną, jeżdżą na nartach, rolkach czy sankach. Lubią rysować, dokuczać, przytulać się. W ich plecakach obok piórnika i pojemnika z drugim śniadaniem znaleźć można glukometr i pen z insuliną. Niektórzy, przy pasku spodni mają pompę insulinową, a ich małe paluszki są pokłute igłami. O kim mowa? O dzieciakach chorych na cukrzycę typu 1.

Ponieważ w naszym społeczeństwie nadal funkcjonuje wiele nieprawdziwych opinii na temat cukrzycy, a materiał wyemitowany w TVP w programie "Pytanie na śniadanie" wzbudził poruszenie wśród rodziców chorujących dzieciaków pozwólcie, że w Światowym Dniu Cukrzycy po raz kolejny, wraz z tatą Niny opowiemy Wam o tej chorobie.

Cukrzyca typu 1 jest chorobą nieuleczalną. Najczęściej dotyczy dzieci, młodzieży oraz osób do 30 roku życia. Nie jest związana ze złą dietą i jedzeniem słodyczy (ile razy słyszeliście lub sami mówiliście - nie jedz tyle słodkiego, bo zachorujesz na cukrzycę?). 

Skoro nie zła dieta i słodycze, to co?
W trzustce znajdują się komórki β i to one produkują insulinę - hormon niezbędny do prawidłowego metabolizmu cukru (węglowodanów). Komórki β są niszczone przez organizm chorego, a co za tym idzie pojawia się znaczny niedobór insuliny. W krwi jest wysokie stężenie cukru ale komórki (one cukru potrzebują do życia), których nie pobudza insulina nie pobierają cukru z tej krwi. Dodatkowo wątroba uwalnia zmagazynowaną glukozę - bo skoro komórkom jej brakuje to trzeba je wspomóc. W ten sposób poziom cukru w organizmie rośnie.

Cukrzycę da się wyleczyć?
Jak już wcześniej wspomniałam cukrzyca typu 1 jest chorobą nieuleczalną i wymaga podawania insuliny przez całe życie. Tylko w ten sposób można utrzymywać prawidłowy metabolizm cukru w organizmie. Chory na cukrzycę typu 1 musi mierzyć poziom cukru za pomocą glukometru nawet 10-15 razy na dobę. Także w nocy. Niestety chorzy na cukrzycę typu 1 narażeni są na epizody nagłego spadku cukru, więc samokontrola jest bardzo ważna. Wielu chorujących do podawania insuliny używa pompy insulinowej. Urządzenie to ma za zadanie zastąpić chorą trzustkę. Chory musi jednak stale obserwować swój stan, bo to on decyduje o podaży insuliny przez pompę.

A odpowiednia dieta?
Nie ma diety cukrzycowej. Chorzy na cukrzycę typu 1 powinni odżywiać się, zgodnie z zasadami zdrowego żywienia - tak jak odżywiać powinien się każdy z nas. Muszą jednak liczyć węglowodany, białka i tłuszcze i podawać odpowiednią dawkę insuliny. 

Wysiłek fizyczny?
Odpowiedni wysiłek fizyczny jest bardzo wskazany w cukrzycy. Wymaga jednak od choregi dużej samodyscypliny. 

Dzieci chore na cukrzycę typu 1 poza chorobą nie różnią się niczym od swoich zdrowych rówieśników. Mogą i powinny chodzić do przedszkola i szkoły oraz brać udział we wszystkich zajęciach. Dzieci z cukrzycą typu 1 doskonale wiedzą jak mają sobie zmierzyć cukier czy podać insulinę. Te starsze często nie potrzebują pomocy dorosłych! Potrzebują tylko zrozumienia, tolerancji i... wiedzy! Wiedzy o tym czym jest ich choroba!

Niestety choroba ta wiąże się z różnymi powikłaniami. Podanie zbyt dużej dawki insuliny, opóźniony posiłek, zbyt długi, nieskontrolowany wysiłek fizyczny mogą doprowadzić do nagłego spadku cukru - hipoglikemii. W takiej sytuacji cukrzycy niejednokrotnie traktowani byli jak osoby pod wpływem alkoholu. 
Jakie są objawy hipoglikemii oraz jak pomóc cukrzykowi pisaliśmy TUTAJ

 

piątek, 6 listopada 2015

Jak nie dać się zabić na drodze.

Tyle akcji społecznych, nagłaśniania w telewizji, nawet mandat z tego tytułu można dostać - i co? I nic!

Jeszcze październikowe popołudnie. Jest 17:02. Wsiadamy do naszej "Zośki" i jedziemy do znajomych. Do takich znajomych, do których jeździ się średnio raz w tygodniu na kiełbaskę z ogniska czy wspólny obiad. Zapada zmrok. Mijamy ostatnie zabudowania. Przed nami długa prosta droga. Teren niezabudowany. Z obu stron las. Żadnego oświetlenia. Niby ograniczenie do 90km/h, a Tata Dzieciaków jedzie wolniej. "Mówiłem Ci, że w zeszłym tygodniu Z. miał tu spotkanie z łosiem?" "Z kim?" - dopytuję. "Nie z kim, a z czym. Łoś mu przebiegł przed maską samochodu" - wytłumaczył mi spokojnie małżonek. Nie zdążył dokończyć kiedy nacisnął na pedał hamulca i odbił lekko kierownicą w lewo.  "Widziałaś" - spytał. A no widziałam... i nie był to łoś. Sarna też nie! Widziałam pieszego. Pieszego, którego zauważyliśmy w ostatniej chwili. Pieszego, który miał na sobie ciemne spodnie, ciemną kurtkę, kaptur na głowie i żadnego odblasku... Ominęliśmy tego człowieka ale czy kolejnym kierowcom się udało?

Tego samego dnia wieczorem dostałam wiadomość od przyjaciółki, mieszkającej obecnie w Niemczech: "Byłam na nordic walking. Ponad godzinę. Rany ile tu grup się spotyka! Na tym samym parkingu spotyka się też grupa biegaczy. Wszyscy w kamizelkach odblaskowych. Kto chce to przychodzi. Warunek - koszulka odblaskowa." 

Skąd taka różnica? Dlaczego u nas tak wiele osób porusza się po zmroku, w terenie gdzie nie ma chodnika, gdzie nie ma ograniczenia prędkości bez odblasków? Brak świadomości? Lenistwo? No bo chyba nie finanse? Brałam udział w na prawdę wielu festynach, pokazach czy szkoleniach podczas których KAŻDY, nie tylko dziecko mógł dostać odblask - opaskę na rękę, breloczek w różnorodnych kształtach, chusty na szyję czy wspomnianą kamizelkę! Ja rozumiem, że chodzenie w żółtej kamizelce jest obciachowe ale tu chodzi o nasze bezpieczeństwo. O życie...

Myślicie, że idąc po zmroku poboczem, w nieoświetlonym terenie, w ciemnym ubraniu jesteście widoczni dla kierowców? Jesteście. Aż z 20 metrów! A wiecie jaka jest droga hamowania samochodu poruszającego się z prędkością 50km/h? Około 30 metrów. Co dają odblaski? Niewielką różnicę? Jeśli macie na sobie elementy odblaskowe kierowca jest w stanie zauważyć Was z odległości 150 - 300 metrów!
Strzałką oznaczony jest pieszy. Odległość od samochodu to 50 kroków. Fot. W. Drewka
Pewnie zapytacie mnie czy noszę odblaski na co dzień? Nie. Nie noszę. Poruszam się w większości samochodem lub w terenie miejskim. W mojej torebce mieszka jednak (wraz z rękawiczkami i maseczką do resuscytacji czerwony odblaskowy miś). W samochodzie mamy dwie odblaskowe kamizelki. Nie są schowane głęboko w bagażniku. Są w skrytce pod siedzeniem pasażera tak, żeby w razie potrzeby można było je szybko wyjąc. Bluza w której biegam, nasze kurtki zimowe i te w których chodzimy po górach mają wszyte odblaskowe elementy, podobnie z resztą jak jesienne i zimowe kurtki Dzieciaków. 

No właśnie... Dzieci... To z nich powinniśmy brać przykład! Ba! Sami przypinamy im do tornistrów elementy odblaskowe! Bo chcemy, żeby były bezpieczne! Widoczne! Zróbmy to samo dla siebie!

A może do noszenia odblaskowych elementów przekona Was jeden z dyktatorów mody -  Karl Lagerfeld?

Zdjęcie z francuskiej kampanii społecznej.

wtorek, 13 października 2015

Ratownik Medyczny... Kto to?

W jednej z rozgłośni radiowych od rana mówią, że dziś jest dzień garnituru. W sumie coś w tym jest
bo my też mamy swoje "garniturki" i choć nie są one w klasycznych kolorach, również bardzo dobrze się w nich prezentujemy. Mało kto jednak wie, że będący na dyżurze Tata Dzieciaków obchodzi dziś swoje święto. 13 października został ustanowiony w naszym kraju Dniem Ratownictwa Medycznego. Choć często nazywani jesteśmy sanitariuszami - no bo skoro nie lekarz, ani nie pielęgniarka to kto - nie jesteśmy nimi. Kim w takim razie jest Ratownik Medyczny? Czym się zajmuje?

Oto jak nas widzicie.

Ratownik medyczny to...
"Dla mnie ratownik medyczny - osoba która pracuje w szpitalu, przychodni, centrum ratownictwa medycznego, TOPR, GOPR".

Jeździ karetką...
"Ratownik Medyczny to ktoś kto jeździ karetką i jest pierwszym kontaktem chorego z profesjonalną służbą medyczną".

Ratuje...

"Ratownik Medyczny to ktoś, kto zabezpieczy Twoje zdrowie lub uratuje życie, zanim znajdziesz się w szpitalu".

Uczy...
"Ratownik medyczny to osoba do której mam ogromny szacunek, ponieważ był przy mojej siostrze przy pierwszym ataku padaczki i nauczył jak sobie radzić w takiej sytuacji".

Nie wybiera...
"Jest osobą, która bez względu na pochodzenie, kolor skóry, stan osoby czy jej wygląd udzieli wsparcia lub odpowiedniej fachowej pomocy w razie gdy taki człowiek jej potrzebuje".

Zachowuje zimną krew...
"(...) Ratownik medyczny to człowiek, który w całym bałaganie jaki zwykle towarzyszy "wizycie" karetki zachowuje zimną krew i trzyma w ryzach niepokornych pacjentów. Musi odznaczać się stanowczością, odwagą, a jednocześnie wyczuciem kiedy pogłaskać, a kiedy pokrzyczeć(...)".

Trzyma za rękę...
"(...)To pan trzymający za rękę moją umierającą babcię i tłumaczący cierpliwie jak dziecku że musi zgodzić się na szpital (..)".

Praca to jego pasja...
"Zawód dla odważnych, pełnych empatii dla drugiego człowieka. To nie jest przypadkowy wybór. To misja. Przypadkowi odchodzą."

Jest niedoceniany...
"(...)Myślę, że ratownik medyczny to także osoba niedoceniana, a przecież większość uratowanych ludzi to właśnie ratownikom zawdzięcza życie".

Jest rodzicem...
"Latownik medycny to mama i tata Amelki". 


"(...)Taki anioł stróż który w potrzebie pomoże. Uratuje życie".


Ratownik Medyczny to osoba, która pracę znajduje w wielu miejscach. Przede wszystkim jesteśmy członkami Zespołów Ratownictwa Medycznego, pracujemy w Szpitalnych Oddziałach Ratunkowych, w zespołach Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, w Oddziałach  Intensywnej Opieki Medycznej. Jesteśmy członkami Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, Ochotniczych Straży Pożarnych. Wielu z nas pracuje również w Państwowej Straży Pożarnej. Nie jesteśmy sanitariuszami. Skończyliśmy studia wyższe lub szkoły policealne. Stale się kształcimy. Wykonujemy medyczne czynności ratunkowe. Podajemy samodzielnie (zgodnie z odpowiednim rozporządzeniem) leki. Uczymy. Dla wielu z nas to, co robimy jest ogromną pasją. Jesteśmy tam, gdzie ktoś z Was potrzebuje pomocy... Ratujemy ludzkie życie...

wtorek, 22 września 2015

Przedszkolaki i pierwsza pomoc?

To już trzeci tydzień szkolno - przedszkolnych przygód Dzieciaków. Starsza jest bardzo zadowolona ze swojej nowej placówki oświatowej, my z resztą póki co też. Jako, że przez ostatnie 3 lata odwiedzaliśmy przedszkole, do którego nadal uczęszcza Młodszy Dzieciak, prowadząc dla zainteresowanych grup zajęcia z pierwszej pomocy, w tym roku na prośbę wychowawczyni Młodszego Dzieciaka postanowiliśmy je kontynuować. Sprowokowana wypowiedzią, dotyczącą uczenia pierwszej pomocy dzieci z klas 1-3 szkoły podstawowej - "dla mnie (jako nauczyciela) to absurd", powiem Wam dlaczego warto! Słowa tego nauczyciela poniekąd rozumiem, bo wiele osób naukę pierwszej pomocy kojarzy przede wszystkim z fantomem i resuscytacją. Natomiast zapomina o podstawowych elementach, których możemy uczyć już 3-4 latki!

Pytania "czy warto uczyć pierwszej pomocy przedszkolaki" nie powinnam w ogóle zadawać, bo dla mnie jest to bezdyskusyjne. Tak, tak i jeszcze raz tak. Trzeba tylko przemyśleć formę takich zajęć oraz sposób przekazania treści. I wcale nie jest to trudne, bo każdy dzieciak - większy czy mniejszy - nie raz bawił się w lekarza, ratując swoje zabawki (lub rodzeństwo).

Bardzo lubię prowadzić zajęcia z pierwszej pomocy z najmłodszymi. Dzieciaki są bardzo ciekawe tego co nowe i świetnie naśladują czynności, które się im demonstruje, a wiedzę chłoną jak gąbki wodę. Dlatego naukę pierwszej pomocy warto rozpoczynać jak najwcześniej. Cykliczność takich zajęć spowoduje, że udzielanie pierwszej pomocy będzie dla nich czymś naturalnym.

Parokrotnie linkowałam historie o dzieciakach, które udzieliły pierwszej pomocy dorosłym. 9 letnia Zuzia wezwała pogotowie do dziadka, który dziwnie mówił. 9 letni Bartek pomógł mamie, która dostała ataku padaczki. 14 letnia Weronika jako jedyna w zatłoczonym autobusie udzieliła pomocy nieprzytomnemu mężczyźnie. Dlaczego to właśnie dzieci są odważniejsze od dorosłych? Oni nie analizują, nie zastanawiają się nad konsekwencjami. Po prostu działają. Odtwarzają to, co widziały na zajęciach, to czego nauczył ich instruktor. Gdy w zeszłym roku, na ostatnim spotkaniu z rodzicami wychowawczyni Młodszego Dzieciaka podziękowała nam za zajęcia z pierwszej pomocy zaskoczeni rodzice mówili - "to już wiemy skąd dzieci wiedziały, że na zraniony palec mam nakleić plaster".

Kiedy zaczynałam zajęcia w grupie u Młodszego Dzieciaka przedszkolaki miały po 3 lata, a w przypadku Starszego Dzieciaka były to 4 latki. Zajęcia trwające 20-30 minut prowadzimy co miesiąc lub co dwa miesiące. Zazwyczaj układamy je tak, aby były tematycznie powiązane z realizowanym programem nauczania.  Na zajęcia przychodzimy w ubraniach służbowych, dzięki czemu dzieciaki nabywają przekonania, że "pan z karetki" wcale nie jest taki straszny (bo my rodzice niestety straszymy często dzieci szpitalem czy zastrzykiem). Do młodszych grup przynoszę zabawki związane np. z kuchnią - deska do krojenia, nóż, kanapki (za tą serię uwielbiam sklepy Ikea) i każde zajęcia rozpoczynamy od rozmowy na temat bezpieczeństwa. Kiedy opowiadam dzieciakom co trzeba zrobić gdy np. mama przetnie sobie palec nożem podczas robienia kanapek dowiaduję się o wielu domowych wypadkach rodziców, rodzeństwa czy też samych dzieci - tu każdy maluch ma coś do opowiedzenia. W zeszłym roku 3 latki plasterki naklejały na Misia Ratownika, którego przyniosłam na pierwsze zajęcia. W tym roku, ta sama grupa przyklejała plasterki sobie nawzajem. Każdy chciał mieć namalowaną ranę, każdy chciał nakleić plasterek czy zabandażować rękę koledze. Mali Ratownicy dostali również bardzo ważne zadanie - mają przekazać rodzicom jak prawidłowo postępować przy krwotoku z nosa. Starsze dzieci, które na zajęciach przedszkolnych poznały już cyfry uczymy numerów alarmowych, postępowania w zadławieniu, omdleniu czy utracie przytomności. I choć maluchom rękawiczki spadają z rączek wiedzą, że nie mogą dotykać bez nich rany, z której leci krew. Na zakończenie zajęć zawsze mam przygotowane nagrody np. naklejki czy odblaski, które w bardzo łatwy sposób można zdobyć.

Nie wiem kim zostaną moje córki w przyszłości. Póki co są na etapie lekarza, piosenkarki, tancerki. Chciałabym tylko, żeby pomaganie innym było dla nich nawykiem, czymś zupełnie normalnym.

Bo udzielanie pierwszej pomocy jest dziecinnie proste.

środa, 26 sierpnia 2015

Bo góry są fajne!

Był post i go nie ma (ach ta moja niezdarność)! Były wakacje i się skończyły... Przed nami szkolny start Starszego Dzieciaka, więc ostatnie dni spędziliśmy na kompletowaniu wyprawki, szukaniu plecaka, meblowaniu pokoju...

Z naszych górskich wypraw pozostały tylko wspomnienia... i bardzo ważne stwierdzenie - klimat górski służy całej naszej czwórce! Podczas naszych wędrówek wiele się działo. Wykorzystaliśmy rady autorów profilu Góry z dzieckiem. Było więc szukanie oznaczeń szlaków, deptanie po największych kałużach, mycie rąk i nóg w górskich potokach, zgadywanie kto mieszka w lesie, zbieranie pieczątek w schroniskach, pawilonach Pienińskiego Parku Narodowego czy zwiedzanych obiektach. Oprócz wędrówek był basen, jazda konna, rejs statkiem i szaleństwo w Spiskiej Krainie.

Jeśli ktoś z Was zadaje sobie jeszcze pytanie - czy warto wybierać się z 4 latkiem w góry - odpowiadam OCZYWIŚCIE. Pieniny jak najbardziej mogą być tymi pierwszymi. Pamiętajcie tylko o odpowiednim obuwiu dla Was i Waszych dzieciaków - bo góry to góry, a wchodzenie po śliskiej, kamienistej ścieżce w sandałach czy klapkach rozsądne nie jest! I noście dzieciaki w nosidełkach, a nie na rękach czy na barana.  Dlaczego? Jest do dla nich najnormalniej w świecie niebezpieczne!


Gdzie byliśmy? Co widzieliśmy? Oto krótka fotorelacja.

Tym widokiem upajaliśmy się przez cały pobyt w Sromowcach Niżnych.
Trzy Korony królujące nad Dunajcem.

Musi być pod górkę, żeby później mogło być z górki!
Wędrówka z Palenicy przez Szafranówkę do Szczawnicy.

Kto mieszka w Zamku? Księżniczki czy Duchy?
Zamek w Niedzicy...

... zamek w Czorsztynie.

Skałki, schodki, błoto - Wąwóz Chomole.

Szczawnica.





Ze Szczawnicy dotrzecie nie tylko w Pieniny.
Wodospad Zaskalnik - Beskid Sądecki.

Przepięknym Wąwozem Papieskim wędrujemy by zdobyć górę Wdżar.





Bacówka na Hali Majerz.




Pawilon Pienińskiego parku Narodowego w Czorsztynie.


Drewniany Kościółek w Sromowcach Niżnych.

W drodze na... Trzy Korony.

Dawne przejście graniczne w Lysej nad Dunajcom.


Widzieliśmy wiele. Troszkę pochodziliśmy po górach. 
Z całą pewnością Do Sromowców Niżnych wrócimy. 
Choćby dla tych widoków.


P.S. Zdjęć jest dużo, dużo więcej ale główni zainteresowani nie wyrazili zgody na ich publikację ;)

wtorek, 28 lipca 2015

Hej w góry, góry!

Tydzień. Tyle pozostało do naszego tegorocznego wakacyjnego wyjazdu. Po zeszłorocznych mazurskich przygodach, tym razem postanowiliśmy postawić na górskie wędrówki. Starszy Dzieciak pierwsze górskie kroki stawiał na szlakach tatrzańskich dolinek trzy lata temu. Młodszy pokonywał te same trasy albo w wózku, albo w nosidle - na plecach taty. 

Wybierając się w góry, nawet te najniższe, przede wszystkim planuj. Pamiętaj żeby trudność trasy i jej długość dobierać pod kątem umiejętności najmłodszego wędrowca. Jeżeli na wędrówkę wybierasz się z przedszkolakiem czas przejścia, pokazany na mapie musisz podwoić. Skąd czerpać informacje na temat szlaków? Po pierwsze przewodniki, po drugie mapy, po trzecie internet. Na wielu forach dotyczących turystyki górskiej znajdziesz odpowiedzi na nurtujące Cię pytania. Jeśli chodzi o dzieciaki polecam facebookowy profil Góry z dzieckiem, gdzie znajdziesz wiele porad dotyczących tras, sprzętu czy zabezpieczeń. 

Wycieczka zaplanowana? Czas na pakowanie plecaka. Wybierając się na wędrówkę z dziećmi musimy pamiętać o wielu elementach, zwłaszcza jeżeli zamierzamy na górskich szlakach spędzić cały dzień. W naszym plecaku znaleźć się muszą kurtki przeciwdeszczowe, skarpety dla wszystkich, komplet ubrania na zmianę dla malucha, nakrycie głowy, buty na zmianę, krem z filtrem UV, preparat na komary, chusteczki nawilżone. Co prawda ten etap już za nami ale wędrując z niemowlakiem w plecaku nie może zabraknąć pampersów, maty, na której malucha można przewinąć oraz worków na śmieci. Ilość wody, kanapek, owoców i ulubionych przekąsek również uzależniamy od długości trasy, którą chcemy pokonać. Oczywiście, w naszym plecaku nie może zabraknąć mapy, kompasu, a w przypadku całodniowych wędrówek - czołówki. Do plecaka zawsze mam doczepioną małą apteczkę.

Myśląc o górskich wędrówkach, nie możemy zapomnieć o odpowiedniej odzieży oraz obuwiu zarówno dla nas, jak i dzieciaków. Podczas wędrówek po tatrzańskich dolinkach my mieliśmy na nogach niskie buty turystyczne, a Starszy Dzieciak wędrował w butach sportowych. W tym roku, jako że zamierzamy zdobywać nie najwyższe ale jednak górskie szczyty, kupiliśmy Dzieciakom w Decathlonie buty turystyczne za kostkę (świetnie sprawdziły się wczesną wiosną podczas spacerów po lesie). Nawet przy pięknej pogodzie w naszym plecaku, na samym dnie, spakowane były lekkie spodnie turystyczne z długimi nogawkami i kurtki przeciwdeszczowe.

Jak już wcześniej wspomniałam Młodszy Dzieciak tatrzańskie dolinki pokonywał w nosidle. Nasze było pożyczone i jeszcze w domu przymierzyliśmy Dzieciaka do nosidła i nosidło do taty. Czym kierować się przy wyborze nosidła? Po pierwsze bezpieczeństwem dziecka, po drugie wygodą dziecka, po trzecie wygodą rodzica. Pamiętajcie, że nosidła plecakowe dedykowane są dzieciom, które samodzielnie siedzą. Nosidło powinno posiadać certyfikat bezpieczeństwa i być wyposażone w pasy bezpieczeństwa, system zabezpieczający przed złożeniem w razie upadku oraz pokrowiec przeciwdeszczowy. Szerokie siedzisko z regulowaną wysokością, regulacja szelek, miękkie wyściełanie czy daszek zabezpieczający przed słońcem zapewnią maluchowi komfortowe warunki podczas wędrówki. Lekki stelaż, szeroki pas biodrowy, pas piersiowy ułatwią wędrówkę osobie, która niesie w nosidle dzieciaka. Więcej szczegółów dotyczących doboru nosidła znajdziecie, na wspomnianym już wcześniej profilu Góry z dzieckiem.

Gdy wyruszasz na górską wędrówkę zostaw w miejscu noclegu informację o planowanej trasie wycieczki oraz planowanym czasie powrotu. W telefonie zapisz numer alarmowy do GOPR/TOPR. Możesz również wyposażyć swojego smartfona w aplikację Ratunek. Górskie wędrówki, zwłaszcza te które mają potrwać cały dzień rozpoczynamy jak najwcześniej.

Tym czasem idę nas pakować. To będzie szalony tydzień!

wtorek, 14 lipca 2015

Dzieci, które bawią się w wodzie robią hałas! Toną w ciszy!

"Kapitan wskoczył do wody w ubraniu, prosto z kabiny i zaczął płynąć sprintem w kierunku ofiary. Jako były ratownik skupił swój wzrok tylko na niej. “On chyba myśli, że się topisz” - powiedział mąż do żony. Wcześniej pryskali na siebie wodą, ona krzyczała, ale teraz już znieruchomieli stojąc po szyję w wodzie na piaskowej mieliźnie. „Przecież wszystko jest w porządku, co on wyprawia?” - zapytała żona, nieco zirytowana. Mąż krzyknął  - „Wszystko w porządku!” i zaczął machać do kapitana, żeby ten zawrócił. Kapitan dalej twardo płynął w ich kierunku. „Z drogi!” - krzyknął, gdy przepływał między nimi. Dokładnie trzy metry za ich plecami topiła się ich dziewięcioletnia córeczka. Już bezpieczna w ramionach kapitana wybuchła płaczem..."

Wakacje trwają w najlepsze. Niemal każdego dnia docierają do nas informacje o kolejnej ofierze, która utonęła. O tym jak bezpiecznie wypoczywać nad wodą pisaliśmy w zeszłym roku. Tym razem, dzięki artykułowi  "Drowning dosen`t look like drowning", który wpadł mi w ręce w wersji oryginalnej chcę zwrócić Waszą uwagę na coś zupełnie innego.

Jak Waszym zdaniem wygląda osoba tonąca? Nie wiecie? Przecież nie raz widzieliście oglądając "Słoneczny Patrol" jak piękna Pamela Anderson wskakuje do wody na widok machającej rękoma i krzyczącej osoby. Czy tak jest w rzeczywistości? Przeczytaj jeszcze raz zacytowaną część artykułu...

Ludzie toną w ciszy. 
W większości przypadków ludzie, którzy toną nie są w stanie wołać o pomoc! Ich usta znajdują się na przemian nad wodą i pod nią. Są to ułamki sekund, podczas których tonący nie ma czasu na zrobienie wdechu i wydechu, więc tym bardziej nie jest w stanie krzyknąć. Tonący nie potrafią machać rękoma. Odruchowo rozkładają ramiona i wykonują nimi ruchy, które mają pozwolic im utrzymać się nad wodą, nie są w stanie się uspokoić. Tonący cały czas znajduje się w pozycji pionowej i nie jest w stanie machać nogami.

Cała walka trwa 20 - 60 sekund!  Przerażające? 

Oczywiście, są osoby które głośno wołają o pomoc. To Ci, którzy doświadczają tzw. "rozpaczy wodnej". Stan ten nie trwa długo, i w przeciwieństwie do prawdziwego topienia się, poszkodowani współpracują z ratownikami, chociażby chwytając za rzucone do nich koło ratunkowe.

Jak wygląda tonący?
  • głowa znajduje się w wodzie, usta tuż nad nią
  • głowa jest pochylona do przodu, a usta są otwarte
  • oczy są szklane, a spojrzenie puste
  • oczy są zamknięte
  • włosy spadają na czoło lub oczy
  • znajduje się w pozycji pionowej, a jego nogi nie pracują
  • gwałtownie łapie powietrze
  • próbuje płynąć ale stoi w miejscu
  • próbuje płynąć na plecach

"Dzieci, które bawią się w wodzie robią hałas! 
Jeśli ucichną podpłyń do nich i dowiedz się co jest grane!"

środa, 8 lipca 2015

Pewna koza z Kadzidłowa...

Tegoroczny urlop jeszcze przed nami. Dzieciaki jednak często wspominają zeszłoroczne wakacje, które spędziliśmy na mazurach. W pamięci utkwiła im pewna natarczywa koza... Park Dzikich zwierząt w Kadzidłowie, bo stamtąd pochodzi wspomniana powyżej zwierzyna, znajduje się w Puszczy Piskiej - 15 km od Mikołajek, 12 km od Rucianego - Nidy oraz 25 km od Mrągowa i jest jednym z najciekawszych miejsc jakie odwiedziliśmy z Dzieciakami. Choć do Parku dojeżdża się boczną, wyboistą drogą nie ma najmniejszego problemu z odnalezieniem tego miejsca, a to dlatego że dojazd jest bardzo dobrze oznakowany. Park ma na celu pokazanie zwierząt żyjących na terenie naszego kraju, a jego umiejscowienie pozwala na przebywanie zwierzętom w warunkach bardzo zbliżonych do naturalnych. Bilety wstępu są w cenie 18 oraz 9 zł. Dzieci do 3 roku życia nie płacą za zwiedzanie. Pierwsza grupa wyrusza spod kasy o godzinie 9:30. Park zamykany jest o godzinie 18:00

Zwiedzanie parku, który położony jest na ogromny terenie, rozpoczęliśmy od poznania rodziny danieli. Jeden z nich postanowił towarzyszyć nam w dalszej podróży, bo część mieszkańców Parku jest zaprzyjaźniona z ludźmi i tylko czeka na paszę (pokrojone jabłko oraz marchew), którą można zakupić w kasie i bezkarnie, pod okiem przewodnika  karmić nią wskazane zwierzęta. Po parku oprowadza nas przewodnik, który opowiada o mieszkańcach, ich zwyczajach, biologii czy konieczności ochrony. 


Podczas półtoragodzinnego spaceru Dzieciaki stawały na jednej nodze jak czapla, rozczulały się przy maleńkich danielach, pytały "czy to te bociany przynoszą dzieci", zaglądały w oczy małym puchaczom, biegały pomiędzy koziołkami, zatykały nos przechodząc obok dzików, zachwycały się ogromnym łosiem i w ciszy wypatrywały wilków... Niebywałą przyjemność obcowania z kozami, a raczej jedną natrętną kozą miałam ja! Skubana wyczuła marchewkę i jabłka ukryte w mojej torbie i za żadne skarby nie chciała ode mnie odejść! Wręcz przeciwnie kręciła się obok, podskakiwała, wtykała nos do torby. Z opresji wybawili mnie inni zwiedzający, którzy postanowili nakarmić głodomora.






Półtoragodzinna wędrówka pomiędzy poszczególnymi zagrodami minęła nam bardzo szybko, z czego Dzieciaki nie były zadowolone. Ogromną frajdę sprawiło im obcowanie ze zwierzętami, możliwość obejrzenia ich z bliska, nie wspominając o karmieniu. To, co może sprawiać trudność w zwiedzaniu to drewniane schody, które pokonywaliśmy podczas przechodzenia między zagrodami. Rodzicom z maluchami w wózkach polecamy przesadzenie dziecka do chusty czy nosidełka.


wtorek, 30 czerwca 2015

Parzący Barszcz!

Gdzieś na facebooku mignął mi ostatnio artykuł, a raczej ostrzeżenie dotyczące oparzenia. Oparzenia nietypowego, bo spowodowanego rośliną o nazwie barszcz Sosnowskiego. Co to za roślina? Skąd się wzięła w naszym kraju i dlaczego jest taka niebezpieczna? Już odpowiadamy na te pytania.

Zacznijmy od tego czym jest i jak wygląda barszcz Sosnowskiego.
Barszcz Sosnowskiego, tak jak i barszcz olbrzymi to rośliny z rodziny selerowatych. Należą do największych roślin zielonych w Polsce. Osiągają wysokość 5 metrów, a czasem nawet więcej. Łodyga barszczu ma grubość 8 -12 cm, a w środku jest pusta. Roślina ta posiada bardzo duże liście, osiągające długość 1,5 metra. Ogromne blachy kwiatów w kolorze białym lub różowym mogą osiągać wielkość 30 - 75 cm. Kwiaty wydzielają specyficzny zapach, przypominający świeżo skoszone siano (kumaryna). Roślina ta bardzo często mylona jest z nieszkodliwym łopianem czy barszczem zwyczajnym.

Barszcz Sosnowskiego pochodzi ze wschodniej Azji, a dokładniej z masywu Kaukazu. Do Polski przywędrował w drugiej połowie XX wieku z byłego ZSRR jako roślina paszowa. Ze względu na trudności ze zbiorem tej ogromnej rośliny oraz oparzeń, które powodowało zaniechano jej uprawy. Mięso oraz mleko pochodzące od zwierząt karmionych barszczem Sosnowskiego miało zapach wspomnianej wcześniej kumaryny. Choć zaniechano uprawy barszczu, ta silnie ekspansywna roślina porastała coraz to nowe tereny. Barszcz Sosnowskiego można spotkać w całym kraju, szczególnie na terenach byłych PGR-ów, na skrajach łąk, pól i lasów. Roślina ta masowo występuje na terenach Podhala.

Dlaczego roślina ta jest tak niebezpieczna dla człowieka?
Barszcz zawiera olejek eteryczny, w którego skład wchodzi funokumaryna. Ten związek chemiczny ma bronić roślinę przed owadami i patogenami. Dla człowieka jest jednak niebezpieczny, a to dlatego że powoduje zwiększenie wrażliwości komórek na promieniowanie słoneczne. Gdy po kontakcie z rośliną nasza skóra poddana jest ekspozycji na promieniowanie UV lub światło widzialne, dochodzi do uszkodzenia struktur komórkowych i rozwoju ostrej reakcji zapalnej. Pierwsze objawy kontaktu z barszczem są widoczne od 30 minut do 2 godzin po ekspozycji. Pojawieniu się objawom poekspozycyjnym sprzyja wilgoć, a reakcję zapalną nasila wysoka temperatura otoczenia. Roślina najbardziej niebezpieczna jest latem, gdy stężenie funokumaryny w soku rośliny jest najwyższe.

Objawy reakcji skórnej przypominają oparzenia I, II i III stopnia:
  • pęcherze wypełnione płynem,
  • rumień,
  • brązowe przebarwienia.
Nie tylko bezpośredni kontakt z barszczem Sosnowskiego jest dla nas niebezpieczny. Funokumaryna znajduje się w olejkach eterycznych wydzielanych przez roślinę. Dlatego też po przebywaniu w jej pobliżu mogą wystąpić:
  • podrażnienia oczu,
  • podrażnienia górnych dróg oddechowych.

Co zrobić gdy dojdzie do kontaktu z barszczem Sosnowskiego?
  1. Zadbaj o własne bezpieczeństwo i bezpieczeństwo innych osób.
  2. Załóż rękawiczki.
  3. Skórę umyj i osłoń przed słońcem lekkim opatrunkiem i skontaktuj się z lekarzem.
  4. Jeżeli poszkodowany zgłasza swędzenie/pieczenie oczu przemyj je solą fizjologiczną lub czystą wodą. Nie pozwól by poszkodowany pocierał oczy. Skontaktuj się z lekarzem!
  5. Jeżeli poszkodowany ma problemy z oddychaniem natychmiast wezwij pogotowie. 






Pisząc post korzystałam z materiałów dostępnych na http://www.barszcz.edu.pl/ oraz artykułu "Barszcz Sosowskiego - zagrożenia związane z ekspozycją i możliwości przeciwdziałania jej skutkom" M. Kwiatoń,J. Kleszczyński, J. Koch Na Ratunek 6/2014

Zdjęcie barszczu Sosnowskiego pochodzi z wikipedia.org